Wolfenstein: The New Order. Recenzja Gut Game
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Spodziewałem się solidnej strzelanki, która będzie po prostu dobrze wykonanym rzemiosłem zero jedynkowym. Dostałem rewelacyjną rozrywkę z masą smaczków i patentów, które przypominają mi stare, dobre czasy. Zapraszam do recenzji jednej z lepszych gier, w jakie grałem ostatnio! Zapraszam do świata Wolfensteina! Das is fantastisch!!!

Tak jak napisałem we wstępie spodziewałem się gry, którą będę znał jeszcze przed wsadzeniem płyty do konsoli. Rasowa, stara, dobra strzelanka. I w istocie.. dostałem grę, przy której wspaniale się bawiłem, i przy której z radochą wystawiałem headshoty nazistom na prawo i na lewo nie martwiąc się czy przez przypadek nie zabłądzę, nie trafię w ślepy zaułek wpatrując się w miliony wskazówek, mapek i innych odciągających mnie od rozrywki bzdetów. Zresztą już jakiś czas temu pisałem, że nie podobna mi się kierunek, w którym zmierzają gry FPS. Wszystko podane na tacy, tysiąc dodatkowych funkcji i strzałek, odliczanie metrów do celu bla bla bla. Po co to wszystko? Nie wiem. Wiem tylko, że właśnie braku wymyślnych funkcji spodziewałem się po W:TNO. I tak też jest. To stara, dobra szkoła. Minimum wskaźników i jazda. I to mi się podoba! Chyba jeszcze nigdy rozwalanie nazistów nie sprawiało mi takiej frajdy… ale po kolei.

Po zainstalowaniu się gry podczas wyboru poziomu trudności widzimy, że w tej grze najważniejsza jest frajda. Widzimy naszego antagonistę, niejakiego Blazowicza ze smoczkiem… ubaw po pachy. O co chodzi? Ano podzielono poziom trudności na 5 stopni przy czym najłatwiejszy opatrzony jest ikoną naszego bohatera w dziecięcej czapeczce i ze smoczkiem w ustach! Przy trudniejszym widzimy minę, jakby Blazowicz wieszał plakaty Bierdonia nad łóżkiem, z napisem… tato? Mogę zagrać?… później mamy już normalny poziom, trudniejszy z wkurzoną miną, a przy najtrudniejszym stopniu twarz naszego bohatera obryzgana jest krwią. Prosty i zabawny patent, który relaksuje jeszcze przed pierwszym strzałem w esesmańską skroń.

Jaaaa epilog… jaaaa
Generalnie początek można uznać za lekko nudnawy, ale to tylko pozory. Zaczynamy na pokładzie samolotu, a kończymy w miejscu, w który zakończymy swoją przygodę. W sztabie naszego głównego wroga, okrutnego i wynaturzonego zwał jak zwał Trupiej Główki. Tłumaczenie troszkę ssie, ale zapewniam Was… sama gra już nie. Dawno tak dobrze się nie bawiłem. Tak naprawdę Wolfi to coś, na co czekałem od dawna… stary dobry klimat, gun w łapę i jazda! Minimum danych, czysty fun!

Guuut historia
Tak naprawdę to zabawa rozkręca się na całego już w szpitalu, w którym główny bohater niejaki przebywa ładnych parę lat. Jest brutalnie, czuć klimat dobrych strzelanek. To lubię. Zresztą kapitalnie połączono luz, z jakim twórcy podeszli do FPS-a z opowiedzianą w grze historią. Jest to opowieść poważna, pełna zwrotów akcji, a przy tym dająca do myślenia. Ten aspekt gry wyszedł twórcom… GENIALNIE! Jest też romans naszego herosa z piękna polską pielęgniarką. I nie mam tutaj na myśli ckliwych romansideł rodem z Mody na sukces. Jest to związek dwojga ludzi, który kwitnie w trudnych, surowych czasach. Kapitalnie przedstawiony wątek seksu… dla mnie bomba. Chodzi o całokształt nie o seks gwoli ścisłości.

Granate!!!!… Szajse!!!!
Sama rozgrywka to dla mnie strzał w 10. Wykonanie przeciwników, nazistowskich mechów czy innych machin śmierci jest bardzo naturalne. To znaczy, że jesteśmy w stanie dać wiarę takim, a nie innym rozwiązaniom mechanicznym. W końcu to Niemcy wygrali II wojnę światową i dysponują technologią z całego podbitego świata, nie żałując sobie przy tym stali i betonu. Jak zwykle zresztą. Wszystko tutaj przedstawione jest dobrze i z pomysłem. Przeciwnicy nie stoją jak nasi reprezentanci w polu karnym przeciwnika. Oni kombinują, korzystają z układu otoczenia i nie raz mogą Was zajść od tyłu. A to nie koniecznie zawsze przyjemna perspektywa. Bo generalnie co jest najważniejsze w pozycji od tyłu?… żeby być z tyłu… i tego się trzymajmy.

Do tego reakcje przeciwników potrafią przywołać uśmiech na twarzy. Krzyczą do siebie i prowokują, a na widok rzuconego granatu uciekają krzycząć GRANATE! A i po dobrym ostrzale nie jedno SZAJSE dobiegnie do naszych uszu. Rewelacja! Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to wykonania dwóch lokacji. W U-bocie nie czuje się, jak na wąskiej i klaustrofobicznej łodzi podwodnej, to raczej wnętrza wojskowej bazy, a nie łodzi… no chyba, że miałaby ona rozmiar lotniskowca. Druga lokacja to stacja kosmiczna. Mmm nie wiem dlaczego, ale nawet przez chwilę nie czułem, że jestem w kosmosie. Być może to przez brak porównania do rzeczywistości, ale w innych produkcjach było to wykonane zdecydowanie lepiej. Jednak powyższe uwagi to tylko mała ryska na dobrze i solidnie wykonanej zero-jedynkowej robocie.

Jaaa gut… Gut… GUT!!!!
Nie sądziłem, że to właśnie ten tytuł będzie moim ulubionym na PS4. Nie ma co się czarować, że graficznie trochę odbiega od takich tytułów jak Killzone:SF czy BF4, jednak zjada je w przedbiegach klimatem i radochą płynącą z trzaskania headschotów. Mogę z czystym sumieniem polecić go każdemu wyjadaczowi strzelanek FPS. Każdemu kto chce poczuć stare, dobre klimaty strzelanin typu DOOM. Jeżeli lubicie wojenne zawieruchy, czysty dobry fun płynący z wpadania do pomieszczenia pełnego wrogów z dymiącą lufą dwururki to inwestujcie w ten tytuł bez mrugnięcia okiem. Dla mnie odkrycie tego półrocza! Polecam, polecam, polecam!